Odcinek z Vohburga an der Donau do Regensburga to prawdziwa próba wytrzymałości, zarówno dla ciała, jak i ducha. Trasa o długości 73 kilometrów była pełna kontrastów – od fascynujących miejsc historycznych po trudne warunki atmosferyczne, które wymusiły na nas modyfikacje planów. Ale właśnie takie dni tworzą najciekawsze opowieści.
Długość trasy: 65 km
Poziom trudności: średni (przy padającym deszczu trudny)
Czas przejazdu: około 4,5 godziny
Ślad GPX: Mapy Google 🚴♂️🌄

Ruiny Fortu Abuzina
Jednym z pierwszych przystanków były ruiny rzymskiego fortu Abuzina. To miejsce, choć mniej znane od słynnych zabytków wzdłuż Dunaju, zachwyca swoim rozmiarem i historią. Abuzina pełniła funkcję ważnej placówki granicznej na północnym limesie Cesarstwa Rzymskiego. Podziwialiśmy fragmenty murów obronnych i pozostałości po bramach. Centralnym punktem fortu był plac, otoczony koszarami, ratuszem i cmentarzem, na którym chowano żołnierzy oraz mieszkańców. Spacerując wśród tych ruin, łatwo wyobrazić sobie codzienne życie w forcie – strażników patrolujących mury, kupców sprzedających towary, dzieci bawiące się na placu. Miejsce to wydawało się na chwilę zatrzymać czas, choć jednocześnie przypominało, jak wiele cywilizacji już przeminęło.






Deszcz i walka z nawierzchnią
Zaraz za fortem Abuzina wjechaliśmy na gruntową drogę, która od początku była pełna kolein i wybojów. Z niepokojem spoglądaliśmy na ciemne chmury nadciągające nad naszą trasę, ale uparcie pedałowaliśmy dalej, próbując uciec przed deszczem. Kiedy w końcu spadły pierwsze krople, droga zamieniła się w błotnisty szlak. Koła naszych rowerów zaczęły grzęznąć w rozmokłej nawierzchni, a każdy kilometr wydawał się dłuższy od poprzedniego. W najbliższym możliwym miejscu zjechaliśmy do wioski i już asfaltem kontynuowaliśmy jazdę. Ale zanim to zrobiliśmy… znów dopadł nas deszcz i musieliśmy swoje odczekać.






Zakole Dunaju i klasztor Weltenburg
Jednym z najbardziej malowniczych punktów tego etapu jest zakole Dunaju w Weltenburgu. Widok rzeki otoczonej stromymi klifami pokrytymi lasem jest pocztówkowy. Na tym tle majestatycznie wznosi się klasztor Weltenburg, który od wieków jest świadkiem nieustannie zmieniającej się historii tego regionu. Sam klasztor, założony w 620 roku, to prawdziwa perełka baroku. Bogato zdobione wnętrza kościoła przyciągają miłośników architektury i sztuki. Jednak Weltenburg to nie tylko miejsce kultu religijnego – na jego terenie działa najstarszy, wciąż funkcjonujący browar klasztorny na świecie. Można tam skosztować ciemnego piwa „Weltenburger Kloster Barock Dunkel”, które jest chlubą mnichów. My nie skorzystaliśmy, ponieważ jeszcze mieliśmy sporo trasy do pokonani, a poza tym nie jesteśmy wielkimi amatorami i znawcami tego trunku.






Ostatnia część trasy – lasy, deszcz i zboczenie z trasy
Z Weltenburga ruszyliśmy w kierunku Regensburga, ale droga przez lasy okazała się równie wymagająca, co wcześniejsze odcinki. Deszczowe chmury nie dawały za wygraną, a gęste korony drzew jedynie częściowo chroniły nas przed ulewą. Zatrzymaliśmy się pod drzewami, licząc, że deszcz się uspokoi, ale nic z tego. Wyciągnęliśmy przeciwdeszczowe kurtki i ruszyliśmy dalej.




Po wyjeździe z lasu jechaliśmy chwilę asfaltem, ale potem trzeba było wjechać na nawierzchnię, gdzie dominował wapień i glina. Brnąc przez rozmokłe szutry, byliśmy już tak oblepieni błotem, że każde spojrzenie na rowery wywoływało mieszankę frustracji i śmiechu. W końcu zdecydowaliśmy, że dalsza jazda po tej nawierzchni jest zbyt niebezpieczna, i po raz drugi tego dnia musieliśmy zjechać z wyznaczonego szlaku, by znaleźć asfalt.






Zmęczenie w Regensburgu
Tuż przed Regensburgiem deszcz wreszcie ustąpił, ale zmęczenie całkowicie nas przytłoczyło. Do miasta wjechaliśmy w milczeniu, przemoczeni i brudni, myśląc tylko o jednym – ciepłym prysznicu i suchych ubraniach.
Ten etap, choć pełen trudności, pozostanie w naszej pamięci jako jedno z najbardziej intensywnych doświadczeń na trasie. Przyroda, historia i walka z żywiołami przypomniały nam, dlaczego tak kochamy tę formę podróżowania. Regensburg czekał na nas z kolejnymi przygodami, ale po tym dniu nic nie mogło się równać z uczuciem ciepła po męczącym, deszczowym dniu na szlaku.

