Dziesiąty etap naszej wyprawy, to liczący około 54 kilometrów odcinek, który prowadził z Vilshofen do Engelhartszell. Zapamiętamy go dzięki Pasawie, przekroczeniu granicy między Niemcami a Austrią oraz wieczornej atmosferze w małej, tętniącej życiem miejscowości.
Długość trasy: 54 km
Poziom trudności: łatwy
Czas przejazdu: około 3,5 godziny
Ślad GPX: Mapy Google 🚴♂️🌄

Wielka śluza i tama
Zaraz po opuszczeniu Vilshofen trafiamy na jedną z najbardziej imponujących budowli na trasie – wielką śluzę i tamę na Dunaju. Ten inżynieryjny gigant reguluje poziom wody i wspomaga żeglugę, ale pełni też funkcję elektrowni wodnej, dostarczając energię do okolicznych miejscowości. To miejsce, które nie tylko przypomina o ludzkiej pomysłowości, ale również o tym, jak ważne jest zrównoważone wykorzystanie natury.
Obserwowaliśmy, jak dwie barki wpływają do komory śluzy, a po kilku minutach poziom wody opada, pozwalając im kontynuować rejs. Takie miejsca nie tylko pomagają regulować rzekę, ale też pokazują, jak ważną rolę odgrywa Dunaj w transporcie i energetyce. To była chwila wytchnienia przed dalszą jazdą, choć całą scenę obserwowaliśmy wystawieni na palące słońce.






Passau – tętniące życiem miasto trzech rzek
Po przejechaniu około 20 kilometrów wjechaliśmy do Passau (Pasawa). Miasto to wyróżnia się swoim położeniem u zbiegu trzech rzek: Dunaju, Inn i Ilz. Sobota i słoneczna pogoda sprawiły, że centrum było pełne ludzi – mieszkańców i turystów. Rynek i starówka zapełnione były kawiarniami, a w powietrzu unosił się gwar rozmów. Chociaż początkowo planowaliśmy tylko krótki postój, zdecydowaliśmy się na dłuższą przerwę. Spacer po Passau pokazał, że miasto łączy zabytkowe budynki, takie jak katedra św. Szczepana, z dynamiczną atmosferą miasta, którą napędza obecność studentów. Miasto zdecydowanie warte zatrzymania się na dłuższą chwilę, choć tego dnia było dla nas nieco zbyt gwarne i wypełnione turystami.








Granica i zmiana jakości trasy Po wyjeździe z Passau czekał nas ważny moment – przekroczenie granicy niemiecko-austriackiej. Oczywiście nie było tu żadnych kontroli ani wielkiego oznakowanie, ale zmiana była zauważalna. Ścieżki rowerowe po stronie austriackiej okazały się nieco lepiej utrzymane i bardziej przyjazne dla rowerzystów. Jazda stała się płynniejsza, a okolice, choć nadal podobne, zdawały się być bardziej zadbane. Szlak prowadzi wzdłuż spokojnych odcinków rzeki, mijając pola i małe wioski, które wydają się wyjęte z pocztówek. Po lewej stronie Dunaju wciąż widzieliśmy pagórki po niemieckiej stronie, a wzdłuż drogi dostrzegaliśmy ślady wezbrań rzeki.








Engelhartszell – miasto z duszą
Do Engelhartszell dotarliśmy późnym popołudniem, kiedy słońce zaczęło już opadać ku horyzontowi. Choć to niewielka miejscowość, życie tutaj wydaje się bardzo aktywne. Trafiliśmy na lokalną zabawę w remizie strażackiej – głośna muzyka, rozmowy i zapach grillowanych potraw wypełniały całą okolicę.
Na kolację wybraliśmy się do pizzerii, gdzie spotkaliśmy kelnerkę pochodzącą z Górnego Śląska. Opowiedziała nam o swoim życiu w Austrii i pracy w tej małej miejscowości. Takie spotkania są zawsze ciekawym elementem podróży – przypominają, jak mały potrafi być świat.
W Engelhartszell znajduje się Schütz Art Museum, które skupia się na sztuce współczesnej, ale nie brakuje tu również lokalnych akcentów, które podkreślają kulturowe dziedzictwo regionu. Niestety nie udało nam się wejść do środka, ponieważ zbyt późno przyjechaliśmy na miejsce.






